Tak sobie dziś myślę, że są pewne rzeczy, które się kończą i to nie boli. Po prostu pewnego dnia budzę się i czuję, że jestem wolna. I jestem wdzięczna za możliwość przeżycia tego właśnie.
A czasem, i tak jest właśnie teraz, czuję przez skórę, że to już koniec. Ale tak bardzo tego nie chcę, że zamykam oczy i udaję, że status quo jest utrzymany. Czasem nachodzi mnie syndrom wysokiej odporności na fakty. Nie chcę poczuć, że to koniec, chociaż wiem, że nic więcej się nie wydarzy.
Chciałabym, żeby tym razem było inaczej. Żeby coś się zaczęło i żeby trwało.
Tak, to o to chodzi. Dopóki zaprzeczam, mam złudne poczucie trwania.